Opowiem Wam moją historię (część 3)

ZYCIE PO SMIERCI

Latem 2010 roku byłam dwukrotnie w szpitalu. Zabierało mnie pogotowie, ponieważ ból w jamie brzusznej był tak silny, aż do omdlenia. W szpitalu stwierdzono stan zapalny trzustki i podniedrożność (powiedziano mi, że to po radioterapii). Były też przygotowania do mojej operacji lecz ku zdziwieniu lekarzy nie wyraziłam na nią zgody. Poinformowano mnie również, że mogę się liczyć z takimi atakami. Poprosiłam tylko, aby zrobiono wszystko by minął ból i zostałam wypisana do domu.

Przez te 9 lat byłam wiele razy w szpitalu, na różnych oddziałach. Od oddziału chirurgii, poprzez ogólny, szpital dermatologiczny, po oddział menopauzy w Szpitalu Centrum Zdrowia Matki Polki w Łodzi.

Do tego dochodzi jednomiesięczny pobyt w szpitalu psychiatrycznym, na którym znalazłam się (zgłosiłam się sama) po kolejnej wizycie u dermatologów, gdzie potraktowano mnie jak chorą psychicznie. W związku z tym postanowiłam, że pójdę do takiego szpitala i udowodnię lekarzom, że leki psychotropowe nie pomogą wyleczyć moich ran. I tak też się stało. Wypisano mnie po miesiącu ogłuszoną lekami psychotropowymi, natomiast jak łatwo się domyślić rany nadal były. Na koniec lekarka powiedziała, że zostałam wyciszona. Dostałam skierowanie do Poradni Zdrowia Psychicznego, aby dalej kontynuować psychiatryczne leczenie.

Oczywiście posłusznie chodziłam na wizyty i brałam psychotropy. W pewnym momencie powiedziałam dosyć! Stwierdziłam, że one mnie tylko ogłupiają i je odstawiłam.

Ponieważ mój zmarły w 1999 roku mąż był w Afryce (zmarł na nieustaloną przez lekarzy chorobę, chorował 7 lat), więc i ja postanowiłam, że przebadam się w kierunku chorób tropikalnych. Zadzwoniłam do Gdyni (Instytut Chorób Tropikalnych), niestety otrzymałam odpowiedź negatywną. Powiedziano mi, że minęło zbyt wiele lat, wobec powyższego na pewno nie mam żadnej choroby tropikalnej. Próbowałam w Łodzi. Poszłam do laboratorium w Szpitalu na ul. Kniaziewicza z zapytaniem, czy jest możliwość zrobienia takich badań? Odpowiedziano mi, że owszem, ale cena jest tak wysoka (jedno badanie miało mieć koszt nawet 10 tys zł – cenę uzasadniano tym, że moje wyniki podobno trzeba było wysłać gdzieś za granicę), aby zrobić większość takich badań musiałabym chyba okraść bank.

Przyznam, że analizując przebieg mojej choroby stwierdzam, iż zaczęła się ona na długo przed chorobą mojego męża. W końcu wiemy, że rak nie powstaje z dnia na dzień. Zatem było to już prawdopodobnie w latach 90-tych. Ponieważ mąż mój wymagał mojego całego zaangażowania zupełnie nie zwracałam uwagi na to, co się ze mną dzieje. Jak widać „przespałam” pierwsze symptomy choroby. Dzisiaj z perspektywy czasu wiem, że już miałam takie objawy: jak obfite krwawienia. Dopiero po jego śmierci kiedy zaczęłam bardzo chudnąć i jeszcze bardziej krwawić okazało się, że jest to ostatni dzwonek. Czyli jak widać choroba ta bezboleśnie rozwijała się od dobrych kilku lat, aż do pierwszej operacji we wrześniu 2000 roku.

Miałam również incydent z egzorcystą. Łapałam się jak widać dosłownie wszystkiego szukając przyczyny mojego stanu i odpowiedzi na pytanie – dlaczego nie czuję się lepiej, a jest wręcz odwrotnie?. Pan Ireneusz W., łódzki egzorcysta na pierwszej wizycie powiedział, że sprawa jest dość skomplikowana. W końcu nie trafiłabym do niego, gdyby to wszystko było takie proste.

Wiem, że w trakcie zabiegów likwidował „coś” co się do mnie (podobno) dość mocno przyczepiło i wcale dobre dla mnie nie było i wiem też, że było to dość trudne do usunięcia – tak bynajmniej twierdził egzorcysta. O ironio, siedziało to po stronie, która się oczyszcza (czyli lewej). Po jednej z takich wizyt miałam 3-dniówkę. Co to znaczy? A to, że przez 3 dni miałam biegunkę i zwracałam czymś co przypominało zgniło-zieloną trawę.

Powiedziałam jemu również o tym, że mam inicjacje REIKI, a mimo tego nie mogę sobie dzięki tej „energii” w żaden sposób pomóc i, że zaczyna mi to ciążyć. On powiedział, że REIKI jest złe, że nie jest to zgodne z wiarą. Wówczas utwierdziłam się w przekonaniu, że chyba miałam rację, skoro coś daje nam pan Bóg za darmo, to my nie możemy za to brać pieniędzy. Tym bardziej kiedy wiedziałam ile to trzeba zapłacić za mistrza REIKI, włos na mojej głowie się zjeżył.

Pan W. zaproponował mi zatem, że zdejmie ze mnie te inicjacje, chociaż dokładnie nie pamiętam czy je zdjął czy nie, w każdym bądź razie wiedziałam, że nie mam już tego ciężaru, z którym do niego przyszłam. Przyznam szczerze, że poczułam się w dziwny sposób wolna. Pewnie wiele osób ten fakt zaskoczy, ale tak było, poczułam ulgę. Pomyślałam sobie Panie Boże, „nie moja lecz Twoja wola niech się stanie”. Nie potrzebuję kursów bo taki kurs przechodzę w swoim życiu, a właściwie szkołę życia. Jeśli mam być zdrowa, będę i to bez żadnych inicjacji. W taki oto sposób zakończyła się moja osobista przygoda z REIKI.

Takich wizyt u tego pana było dość sporo (kilka-kilkanaście), jednak dłużej nie mogłam do niego chodzić z braku funduszy i niezbyt widocznej dalszej poprawy.

I tak po raz kolejny zostałam pozostawiona sama sobie w bólu i bezradności. Poszukiwałam zatem na necie. Znalazłam leczenie uryną. Pojawił się wkrótce na mojej drodze człowiek, który powiedział – pomogę. Przez 8 m-cy stosowałam urynoterapię wg jego wskazówek + post 41 dni + 7) do tego dieta sokowa wg dr Dąbrowskiej. Schudłam bardzo, a rany jak były tak były. pan się wkurzył na mnie, bo pisałam do niego, że ból jest nie do wytrzymania. Bardzo się na mnie denerwował, że zapewne coś źle robię. Robiłam jak zalecił. W międzyczasie poszłam zrobić badanie moczu i co się okazało?: w moczu mam gronkowca i inne bakterie.

Zbita jak pies, obolała, mdlejąca z bólu siadłam do komputera po raz kolejny i na pierwszy rzut wyskoczył mi gabinet medycyny holistycznej pani Rosiak. Umówiłam się na wizytę i tak zostało. Jestem leczona u niej już 16 m-cy. Widzę, ze wkłada w to swoje serce. Płacze ze mną gdy ja płaczę, bo wie jaki mam ból. Robi kompresy, zmienia opatrunki i ogląda rany. Poszłam do niej kiedy miałam głowę miękką jak piłka, a ropa wręcz chlupała, oczy mocno zaropiałe, byłam bardzo chuda (przy wzroście 173 cm waga 54 kg), chuda i szara. Praktycznie zawieziono mnie, bo już nie miałam siły chodzić. Pamiętam, że na pierwszej wizycie powiedziałam, że przyszłam do niej, ale właściwie nie wiem po co, bo nie wierzę, że ona może mi pomóc. Od pani Eli Rosiak biorę preparaty informacyjno – detoksykacyjne dr Jonasza (jest to detoksykacja kontrolowana) i stosuje u mnie biorezonans.

Kiedy kilka miesięcy temu odezwałam się na księdze gości Wiesia postanowiła włączyć się do walki o moje zdrowie i obecnie idzie to już na dwa, a może nawet na trzy fronty. Trzy? A tak trzy, bo zaczęłam stosować naukę Bruno Groeninga (uzdrawianie duchowe). Wiesia i pani Ela wiedzą o wszystkim i wspólnymi siłami starają się mi ulżyć i pomóc. Wiesia zaleca przeróżne preparaty ziołowe, kompresy na głowę z kapusty, soki i inne znane tylko jej metody uzdrawiania.

W lipcu 2011 roku Wiesia zastosowała u mnie 15-dniowy detoks. Był to preparat złożony z 39 ziół (z Ajurwedy, zioła peruwiańskie i nasze krajowe). Po kilku dniach brania tych preparatów miałam dzień kiedy to moje wypróżnienie miało zapach palonego asfaltu. Przyznam się, że byłam w ogromnym szoku, że po tylu latach coś takiego może ze mnie jeszcze wyjść. W każdym razie po tej 15-dniowej kuracji czuję, że wracam do życia. Pani Ela Rosiak, na ostatniej wizycie powiedziała, że widzi bardzo dużą zmianę w moim wyglądzie, skóra robi się różowa, a rany na głowie zaczynają się zmniejszać. Oczywiście jeszcze bolą i się oczyszczają, ale to jest nieporównywalny ból do tego, który miałam.

Natomiast wracając do stosowanej terapii, którą zaleciła mi Wiesia to są stare, sprawdzone sposoby dawno już przez nas zapomniane. Wspomniałam już wyżej o kapuście (pijam sok z kapusty, a liście z niej służą mi za kompresy na rany). To zapomniane warzywo to nic innego jak świetny antybiotyk (czytałam o wyleczonym przypadku gangreny właśnie liśćmi kapusty). Jest wdrożona również cebula, czosnek, cytryna, maść nagietkowa, soki owocowe i warzywne są też zioła takie jak pokrzywa, nagietek, krwawnik, lipa, piję robione przez siebie soki z malin. Stosuję również proszek ze skorupek robionych z wiejskich jajek, w którym jest moc wapnia, a w moim wypadku to bardzo ważne, ponieważ moje kości były mocno naruszone. Zażywam również miód, który daje mi energię. Wcześniej piłam zioła szwedzkie i żeń-szeń w ampułkach, cały czas zażywam organiczny cynk (wszystko zalecane przez Wiesię).

Od pewnego czasu oczyszczam również organizm robiąc lewatywy (z rumianku wody z cytryną i samej wody) do tego biorę priobiotyki (żywe kultury bakterii), które w trakcie robienia lewatyw są wypłukiwane, robię również kąpiele solankowe, oczyszczam zatoki (woda + sól). Nie jem mięsa, nie używam cukru. Staram się jeść wszelakie kasze (kasza jaglana zapomniana przez nas ma właściwości antyrakowe). Stosuję również terapię kryształami (kryształ górski i kryształ różowy). Jak widać to nie jest wcale droga terapia, a jakże skuteczna. Wróćmy do natury, nie bójmy się ziół! Obecnie czekam na preparat kanadyjski, który składa się z 7 grzybków (chińskich, japońskich, tybetańskich i innych), ma on za zadanie odbudować mój system immunologiczny.

W końcu chyba wszyscy sobie zdajemy sprawę, że 22 kobalty spowodowały chorobę popromienną. Nie boję się o tym głośno mówić, ponieważ czytałam objawy takiej choroby (zaraz po naświetlaniach) i były bardzo zbliżone do moich. Pamiętam swoją brązową skórę po radioterapii, kiedy to powiedziano, że przez 1 miesiąc nie wolno mi się myć od ud aż po piersi. Zresztą przy detoksykacji (preparatem 15-dniowym) w jednym z miejsc, gdzie miałam spaloną skórę, łuszczyła się ona dość mocno. Jestem żywym przykładem, że radioterapia ma bardzo poważne skutki uboczne. Jednak moja wiara w naturalne leczenie (pomimo bardzo trudnych i bolesnych chwil) jest widoczna.

Pamiętam moje zachowanie przed terapią pani Rosiak i Wiesi, byłam ospała, depresyjna, zagubiona, czasami nieobecna. W tej chwili czuję jak wraca we mnie życie. Zdaję sobie sprawę, że odbudowa tak zniszczonego organizmu może potrwać wiele lat ale wiem też, że już się nie poddam bo mam siłę!

Wszystko co się ze mną ostatnio dzieje to oczyszczające się rany na głowie. Przez głowę tak naprawdę się oczyszczam od kilku lat. Na twarzy mam moc blizn po starych ranach (i nie tylko). Co z człowieka wychodzi nawet sobie nie można wyobrazić. Są to kawałki mięsa, moc śluzu, spalona krew w postaci czarnego piasku, kulki wielkości pieprzu lub ziela angielskiego, w różnym kolorze twarde grudki i maź. Przy tym ból, o którym nie da się nawet pisać. Wiem jedno, nie życzę nikomu takiego cierpienia.

Bardzo dużo się modliłam w ciągu tych 9 lat i wydawało mi się, że ta moja modlitwa jest niesłyszana przez Pana Boga. Jakże byłam w błędzie przecież żyję już 9 lat (łatwo nie jest) ale żyję i mogę opowiedzieć tę swoją historię tym wszystkim, którym wydaje się, że radioterapia i chemioterapia jest niezbędnym środkiem leczniczym.

Piłam wodę z Lourdes, z Lichenia i winko z Gidel. Niektórym to pomaga jak widać ja jestem oporna bardzo. Wiem, że kilka osób w gorliwej modlitwie poleca mnie Panu Bogu już od kilku lat. Jest to moja koleżanka z byłej pracy (już emerytka), sąsiadka i sąsiad ze swoją żoną.

Mam wielką wiarę, że będąc pod opieką tych dwóch wspaniałych kobiet i korzystając z naturalnych środków (zioła) i stosując naukę Bruno Groeninga moja gehenna się skończy.

Urszula

Źródło:
http://www.vismaya-maitreya.pl/naturalne_leczenie_opowiem_wam_moja_historie_cz3.html

Dodaj komentarz

Close Menu