Kawa ma dziś w świecie nauki status napoju niemal „rozgrzeszonego”. Przebadano ją wzdłuż i wszerz, z każdej możliwej strony – od wpływu na serce i naczynia, przez metabolizm glukozy, po ryzyko chorób neurodegeneracyjnych. I choć przez lata miała raczej złą sławę, dziś wiemy już, że u większości ludzi działa raczej na korzyść niż na szkodę. A jednak nie wszyscy mogą lub chcą po nią sięgać. Jednych drażni żołądek, u innych serce dygocze, są też tacy, którym po prostu nie odpowiada jej smak. Właśnie w tym miejscu na scenę wchodzi napój z Ameryki Południowej – egzotyczna yerba mate.
To napar przygotowywany z wysuszonych liści i drobnych gałązek ostrokrzewu paragwajskiego, rośliny o wdzięcznej nazwie Ilex paraguariensis. Nie pije się go jak zwykłej herbaty, którą po kilku minutach wyrzuca się do kosza. Yerba mate jest napojem „na raty”. Ten sam susz zalewa się wodą kilkukrotnie, a każdy kolejny napar ma nieco inny charakter – łagodniejszy, delikatniejszy, mniej pobudzający. Dla jednych to wada, dla innych ogromna zaleta, bo pozwala kontrolować siłę działania bez sięgania po kolejną filiżankę.
Jeśli spojrzeć na yerba mate przez pryzmat porannego pobudzenia, bardzo szybko nasuwa się porównanie z kawą. I słusznie, bo oba napoje zawierają kofeinę. W klasycznej porcji yerby, około 250 ml naparu, znajdziemy jej zwykle od 60 do 80 mg, a więc trochę mniej niż w przeciętnej kawie. Jednak wiele osób zauważa, że pobudzenie po yerba mate przychodzi wolniej, jest bardziej rozłożone w czasie i – co szczególnie istotne – nie kończy się nagłym spadkiem energii kilka godzin później. Nie ma tego charakterystycznego „zjazdu”, który bywa ceną za szybki kawowy start. Yerba działa wolniej, ale za to dłużej.
Na tym jednak jej zalety się nie kończą. Yerba mate to nie tylko kofeina w „innym opakowaniu”, lecz cały koktajl związków bioaktywnych. Wśród nich znajdują się polifenole, takie jak kwas chlorogenowy, kawowy czy chinowy, a także teobromina – substancja znana choćby z kakao. To właśnie one odpowiadają za działanie przeciwutleniające, czyli zdolność do neutralizowania wolnych rodników, które napędzają stres oksydacyjny i procesy zapalne w organizmie. Regularne picie yerby wiąże się także z korzystnym wpływem na profil lipidowy: poprawą tzw. „złego” LDL oraz obniżeniem poziomu trójglicerydów. Badania sugerują również, że napar ten może pomagać w regulacji poziomu glukozy we krwi, a nawet chronić wątrobę przed stłuszczeniem, co jest istotne w czasach epidemii zaburzeń metabolicznych.
Nie oznacza to oczywiście, że yerba mate jest napojem magicznym, który załatwi za nas kwestie diety i stylu życia. Działa jak wsparcie, nie jak cudowny lek. Jej prozdrowotny potencjał ujawnia się wtedy, gdy staje się elementem szerszej układanki: rozsądnego odżywiania, ruchu i snu. Warto też pamiętać, że każdy organizm reaguje inaczej. To, co dla jednych jest łagodnym i przyjemnym pobudzeniem, u innych może wywołać niepokój czy problemy żołądkowe.
Jest jeszcze jeden aspekt, o którym rzadko mówi się głośno, a który ma znaczenie dla zdrowia. Wielu miłośników yerba mate pije ją bardzo gorącą, niemal parzącą. Tymczasem badania epidemiologiczne od lat wskazują, że częste spożywanie bardzo gorących napojów – nie tylko yerby, ale także herbaty czy kawy – zwiększa ryzyko nowotworów jamy ustnej i przełyku. Problemem nie jest sam napój, lecz temperatura. Specjaliści sugerują, by pozwolić mu chwilę ostygnąć i nie przekraczać około 60 stopni Celsjusza. To drobna zmiana nawyku, która może mieć realne znaczenie dla zdrowia.
Na koniec pozostaje kwestia najbardziej subiektywna: smak. Yerba mate ma charakter wyrazisty, ziemisty, lekko gorzki, czasem dymny. Dla jednych to smak, do którego się wraca z przyjemnością, dla innych bariera nie do przeskoczenia. Podobnie jak kawa – jedni ją uwielbiają, inni nie znoszą. I w tym sensie yerba mate nie jest napojem dla wszystkich, ale dla tych, którzy szukają alternatywy dla kawy, chcą łagodniejszego, długotrwałego pobudzenia i przy okazji liczą na kilka dodatkowych korzyści zdrowotnych.
Redakcja

0 komentarzy