Jest coś symbolicznego w tym, że pokrzywa pojawia się wtedy, gdy wszystko zaczyna się od nowa. Przełom kwietnia i maja, pierwsze prawdziwie ciepłe dni, ziemia pachnie wilgocią, a ona wyrasta niemal wszędzie. Dla wielu to wciąż tylko chwast, który parzy i którego lepiej unikać.
Najlepsza jest właśnie teraz, młoda, soczysta, pełna życia. Później też ma wartość, ale to wiosną gromadzi najwięcej tego, co dla nas najcenniejsze. Pokrzywa rośnie pod płotem, na łące, przy leśnej ścieżce – i robi dla organizmu rzeczy, których często nie załatwi najdroższy suplement. Jej działanie jest zaskakujące. Wspiera metabolizm, pomaga regulować poziom cukru we krwi, działa przeciwzapalnie, odciąża układ krążenia. Są badania pokazujące, że regularne sięganie po liście pokrzywy może obniżać glukozę na czczo, poprawiać parametry zapalne i lipidowe. To systematyczna praca rośliny, która dostarcza organizmowi tego, czego często mu brakuje: minerałów, związków bioaktywnych i naturalnego „impulsu” do regulacji.
Pokrzywa działa też w jelitach, które nagle zaczynają pracować spokojniej. W stawach, które mniej „ciągną” o poranku. W skórze, która wygląda jakby ktoś zdjął z niej cienką warstwę zmęczenia. I w tym charakterystycznym uczuciu lekkości, które pojawia się, gdy organizm przestaje być przeciążony.
Wbrew pozorom, nie trzeba wiele, żeby ją włączyć do codzienności. Najprostsza forma to odwar. Garść czy dwie liści zalane wodą, kilka minut gotowania i napar, który smakuje jak wiosna w czystej postaci. Nie każdemu od razu podejdzie, ale organizm szybko się z nim „dogaduje”. Prawdziwa przyjemność zaczyna się jednak wtedy, gdy pokrzywa trafia na talerz. I nagle okazuje się, że ta „parząca roślina” ma smak delikatny, lekko orzechowy, przypominający coś pomiędzy szpinakiem a młodymi ziołami.
Zupa krem to klasyk, ale warto pójść dalej. Na przykład pesto z pokrzywy – coś, co potrafi całkowicie zmienić podejście do tej rośliny. Blanszowane liście, garść orzechów włoskich albo pestek słonecznika, czosnek, dobra oliwa i odrobina soku z cytryny. Zmiksowane na gęstą, zieloną pastę smakuje jak wiosna zamknięta w słoiku. Na kromce chleba, z makaronem, jako dodatek do warzyw – trudno się znudzić.
Albo risotto, które w swojej kremowej prostocie świetnie przyjmuje pokrzywę. Podsmażona cebula, ryż powoli podlewany bulionem, a pod koniec garść drobno posiekanych liści. Do tego odrobina masła i parmezanu. Danie, które wygląda niepozornie, a daje poczucie sytości i ciepła, jakiego nie zapewni żadna gotowa potrawa.
W wielu domach wraca też coś bardziej swojskiego – pierogi z pokrzywą. Farsz można zrobić podobnie jak ze szpinakiem: pokrzywa, twaróg, czosnek, pieprz. Ciekawą opcją są też naleśniki z pokrzywowym nadzieniem. Cienkie placki, a w środku podsmażona pokrzywa z cebulką, czasem z dodatkiem sera feta albo jajka. Proste, a jednocześnie zaskakujące – szczególnie dla tych, którzy myślą, że pokrzywa „nadaje się tylko na herbatę”.
Jest jeszcze koktajl. Młode liście (sparzone wrzątkiem, żeby pozbyć się parzących włosków), jabłko, kawałek banana, sok z cytryny i woda albo kefir. Zblendowane tworzą napój, który nie tylko odświeża, ale naprawdę daje energię – taką spokojną, bez nagłego skoku i spadku. Można też pójść w stronę czegoś bardziej wytrawnego, jak frittata. Jajka, podsmażone warzywa, garść pokrzywy dodana na koniec i zapieczona razem z całością. Idealna na śniadanie, które ma dać siłę na pół dnia, a nie tylko na godzinę.
Pokrzywa wspiera, reguluje, oczyszcza. Jeśli damy jej czas, nagle czujemy się trochę lepiej, trochę lżej, trochę spokojniej. I może właśnie dlatego warto się po nią schylić, zamiast ją omijać.
Redakcja

0 komentarzy