Jako ludzie potrzebujemy bezpośredniego kontaktu z innymi. Ich obecność, uśmiech i dotyk są tlenem dla naszej psychiki. Gdy brakuje nam takiego kontaktu, stajemy się samotni, nawet jeśli oszukujemy się, mówiąc, że jest inaczej. Od początków ludzkości żyliśmy w społecznościach, fizycznie bardzo blisko siebie. To nasza naturalna norma, zakodowana w genach. Z biegiem historii, fizyczna odległość między ludźmi rosła. Malała jednocześnie intensywność kontaktów bezpośrednich. Proces ten znacznie przyspieszył w czasie wielkiej rewolucji przemysłowej, następnie w wyniku rozwoju technologii komunikacyjnych, by w roku 2021 dojść nagle do punktu krytycznego. Człowiek, który urodził się w XX czy XXI wieku uważa zastaną rzeczywistość za normę. Jest to norma narzucana już w bardzo wczesnym dzieciństwie. Człowiek może twierdzić, że nie jest samotny, skoro jego kontakty międzyludzkie wyglądają podobnie jak u innych. Może się to jednak mieć nijak do naturalnej, zakodowanej w naszych genach i podświadomości, potrzeby bycia z innymi, zakładającej większą, zwłaszcza fizyczną, bliskość. Podświadomości nie jesteśmy w stanie oszukać, gdyż opiera się ona na naszej pierwotnej naturze, a nie na obecnych normach społecznych. Stąd tylu nieszczęśliwych ludzi. Psychologowie i psychiatrzy od wielu lat alarmują, że mamy do czynienia z epidemią samotności. Kwestia samotności jednostki stanowi początek rozważań doktora Mattiasa Desmeta, który przeanalizował literaturę i badania z wielu dziedzin a głównie z psychologii i socjologii. Na podstawie lat pracy naukowej twierdzi on, że im więcej samotności w społeczeństwie, tym łatwiej o wywołanie masowej psychozy.
W roku 2019 sondaże mówiły, że 30% ludzi czuje się samotna. Znając tło historyczne, możemy powiedzieć, że ten odsetek był dużo wyższy. 60% respondentów twierdziło, że ich praca nie daje im satysfakcji. Społeczeństwa były przepełnione wszechobecnymi, wiszącymi jakby w przestrzeni: niepokojem, frustracją i agresją. Nie uczy się nas samoświadomości, więc większość ludzi nie jest w stanie odnaleźć przyczyn swoich emocjonalnych niepokojów. Ludzie samotni wypełniają czas podawaną im jak na tacy wszelkiego rodzaju rozrywką. Nie rozumieją, co i dlaczego się z nimi dzieje, nie mają więc nad sobą kontroli. Dołączając do grupy, choćby wirtualnej, mającej wspólne cele, uwalniają się od wewnętrznego poczucia, odpowiedzialności za własne życie będąc przekonanym, że grupa zapewni jej członkom wszystko, co jest potrzebne i poda wszystkie rozwiązania jak na tacy.
Wyobraźmy sobie, że przykuwa się naszą uwagę czymś wywołującym niepokój. Może to być grupa społeczna, patogen itp. Gdy w społeczności krąży niepokój wynikający z samotności jednostek, którego źródła owe jednostki nie są w stanie zidentyfikować i uleczyć, psychika ludzka przyjmie, że odnalazł się powód tegoż niepokoju. Będzie nim ów wskazany publicznie obiekt. Pokazuje się również rozwiązanie, strategię. Wywoływane jest w ten sposób biało-czarne myślenie: albo jesteś za strategią, albo przeciw. Nawet absurdalna strategia, zdaniem doktora Desmeta, zostałaby przez tę samotną większość przyjęta, gdyż podświadomie wszyscy dążą do likwidacji niepokoju, którego źródło, jak im się wydaje, właśnie im pokazano. Są wręcz w pewnym sensie wdzięczni samozwańczym liderom, bo w końcu czują się częścią kolektywu dzielnie walczącego z wrogiem. Czują połączenie z innymi. Tworzy się iluzja, że ich samotność zniknęła. W rzeczywistości może ona być jednak jeszcze większa, gdy strategia zakłada np. drastyczne ograniczenie kontaktów międzyludzkich. Czują się dobrymi ludźmi, a wszelki dysonans tłumaczą tym, że jednostka musi być lojalna wobec kolektywu, by podjęta strategia doprowadziła do sukcesu dla dobra wspólnego. Zupełnie zapominają o uniwersalnej prawdzie, że ogół może być szczęśliwy tylko wtedy, gdy jednostki są szczęśliwe. Gdyby nawet o tym pamiętali, to zadajmy sobie pytanie, czy człowiek, który nie potrafi zidentyfikować źródeł swoich niepokojów, potrafi powiedzieć, czego potrzebuje do szczęścia?
Członkowie kolektywu przechodzą swego rodzaju transformację psychologiczną. Nie czują się już tak jednostką, jak częścią wielkiego ruchu. Analiza osobistych korzyści i strat schodzi na drugi plan. Solidarność jednostki względem kolektywu jest wówczas znacznie silniejsza niż solidarność pomiędzy jednostkami. Energia pomiędzy jednostkami, a więc wszelkie uczucia takie jak miłość, są wysysane. Ludzie nie pomagają już sobie nawzajem. Zamiast tego zaczynają na innych donosić. Jeśli strategia zakłada brak kontaktu z bliskimi to nawet w chwili ich śmierci czy pomimo oczywistego ich cierpienia, brak kontaktu staje się ogólnie przyjętą cnotą. Jednostka utożsamiająca się z kolektywem jest w stanie poświęcić wszystko, nawet sprawiając cierpienie sobie i ludziom, których uważa za najbliższych i których kocha najbardziej. Kolektyw jest skupiony na maleńkiej części rzeczywistości, co oznacza, że jest w stanie masowej hipnozy. Hipnozę tę utrzymują powtarzane przez liderów i ich media jak mantra słowa — klucze. Przekaz musi być stały, prosty, hasłowy i jednorodny, ponieważ trudny przekaz zmusiłby jednostkę do myślenia. Człowiek zacząłby wówczas mieć wątpliwości i zadawać pytania, co zagroziłoby stabilności stanu hipnozy. Z hipnozy wytrąca przecież zadawanie pytań powstałych w wyniku wątpliwości. Elementy strategii stają się jakby rytuałem kultu. Wygląda to tak, jakby stworzono nową religię.
Szacuje się, że ludzi, którzy podążą za każdym absurdem by tylko czuć iluzję bliskości i połączenia z innymi, jest 20-30%. To jak tzw. twardy elektorat. Pozostali to ci, którzy podążają za tłumem, gdyż albo nie mają odwagi sprzeciwić się większości, albo z lenistwa nie mają ochoty na samodzielnie przeanalizowanie sytuacji. To z ich powodu, by nie odeszli od kolektywu, przekaz musi być cały czas powtarzany, a napięcie i poczucie zagrożenia musi być utrzymywane z jedynie krótkimi, absolutnie przez liderów zaplanowanymi, okresami odpoczynku. Kilka procent stwierdzi natomiast, że strategia jest bezsensowna i w ogólnym rozrachunku szkodliwa. To zwykle jednostki refleksyjne a przez to samoświadome, mające szerokie horyzonty, a więc takie, których nie da się nakłonić do patrzenia się w jeden punkt. Nie są oni jednak w stanie przebić się przez hipnozę. Gustave Le Bon, autor książki pt. „Psychologia tłumu”, twierdzi, że mniejszość ta, pomimo że jest wówczas ciągle dehumanizowana i uważana za „tych złych”, musi nieprzerwanie mówić. Jeśli zamilknie, kolektyw poczuje wręcz etyczną konieczność pozbycia się jej, nawet jeśli stanowią ją ludzie, którzy przed powstaniem kolektywu byli dla jego członków najważniejsi. Wówczas w ciągu kilku miesięcy rozpocznie się niszczenie mniejszości. Mieliśmy już niestety z taką sytuacją do czynienia w historii, czy to w 1930 roku w ZSRR, czy w roku 1935 w Niemczech. Gregory Stanton stworzył, na podstawie analizy wydarzeń historycznych, model 10 etapów ludobójstwa, w którym 9 etapem jest eksterminacja mniejszości. By nie doszło do tak tragicznego końca, mniejszość musi stale wypowiadać swoją prawdę, tak długo aż energia tłumu się wyczerpie. Pozbycie się liderów kolektywu nie zatrzymałoby eksterminacji, bo zostaliby oni zastąpieni nowymi.
W psychologii tłumu można zidentyfikować momenty większej dynamiki. Dzieje się tak na przykład wtedy, gdy liderzy tłumu wykorzystują konkretne słowa jako broń. Wszyscy znamy te słowa, gdyż celowo są tak często powtarzane po to, by wrosły w naszą psychikę. To podana na tacy broń przeciw drugiemu człowiekowi, stworzona byśmy ją wykorzystywali, gdy brak nam argumentów. To broń służąca blokowaniu dyskusji i wymiany informacji, bo są one śmiertelnym zagrożeniem dla kolektywu. Załóżmy, że punktem strategii jest nowo opracowany lek. Agresja i polaryzacja wówczas wzrasta, ponieważ tłum uznaje każdego, kto zadaje niewygodne pytania, za złego, „antylekowego” człowieka. Kolektyw doświadcza wzmocnienia poczucia jedności i sprawstwa. Jak pisali Gustave Le Bon czy Hannah Arendt w książce „Korzenie totalitaryzmu”, to, co wybiera tłum, nie jest wypadkową analizy dowodów i racjonalizmu. Tłum przyjmuje za swoje to, co przedstawią liderzy i, co tragiczne, jednostki będące w tłumie są przekonane, że dokonały samodzielnego wyboru. Teoria systemów również potwierdza, że esencja masowych zjawisk społecznych jest zwykle nieracjonalna. Potwierdzają to również eksperymenty choćby Zimbardo i Milgrama, zgodnie z wynikami, których prawie wszyscy ludzie pod wpływem grupy lub/i autorytetu okazują się być zdolni do zmiany w jak to pisał K. G. Jung, bestie i demony. Grupa rozwadnia odpowiedzialność za skutki działań i wyzwala w jej członkach najbardziej pierwotne instynkty np. strach przed śmiercią prowadzący do tchórzostwa. Gdzie wszyscy są odpowiedzialni, tam nikt nie jest odpowiedzialny. Wszyscy członkowie kolektywu będą bronić jego interesów, czy to z przekonania, czy ze strachu, również w sytuacji, gdy kolektyw popełni zbrodnię. Większość ludzi nie posiada własnych idei. To smutna prawda. Podążają więc za ideami innych, w przypadku masowej psychozy będąc zupełnie nieświadomymi prawdziwych celów liderów będących zwykle ludźmi z potężnymi możliwościami wpływu, których interesy są tak naprawdę sprzeczne z interesami społeczeństw i jednostek będących w kolektywie. Stąd historia ludzkości jest tak tragiczna. Gdyby interesy te były zgodne z interesami jednostek i społeczeństw, nie byłoby potrzeby dokonywania tych wszystkich psychologicznych manipulacji.
„Ilekroć znajdziesz się po stronie większości, zastanów się przez chwilę” – Mark Twain
Jowita Stahl
Absolwentka Wydziału Ekonomii i Zarządzania UMK, która przeszła na „jasną stronę mocy”. Ziębianka. Pasjonatka psychologii, medycyny i fotografii. Mól książkowy.

0 komentarzy