„Gdyby dzieci w wieku 8 lat wiedziały, kim chcą być, świat byłby pełen kowbojów i księżniczek. Ja chciałem być piratem. Dzięki Bogu, nikt nie wziął tego na poważnie i nie przeprowadził mi operacji usunięcia oka i założenia drewnianej nogi.” – to zdanie wypowiedziane przez Billa Mahera amerykańskiego satyryka, komentatora politycznego i gospodarza popularnego programu powinno otwierać każdą dyskusję o tzw. „dziecięcej transpłciowości”. Bo istota problemu tkwi w prostym fakcie: dzieci nie wiedzą, kim są, a jeszcze mniej – kim będą. One dopiero się tego uczą.
Gdyby ośmiolatki naprawdę wiedziały, kim chcą być w przyszłości, świat wyglądałby jak jedna wielka parada karnawałowa. Mielibyśmy ulice pełne piratów z drewnianymi nogami, wróżek machających różdżkami, smoków ziejących ogniem i oczywiście księżniczek w różowych sukniach.
Ale dziś, w epoce ideologicznego szaleństwa, wszystko się zmieniło. To, co kiedyś było traktowane jako dziecięce fantazje i naturalny etap dorastania, dziś stało się poważnym powodem do ingerencji w organizm dziecka. Chłopiec powie „chcę być dziewczynką”, a dorośli — zamiast się uśmiechnąć, przytulić i powiedzieć „jutro może zechcesz być Batmanem” — organizują wizytę u psychologa, receptę na blokery hormonów i marsz poparcia w lokalnej telewizji.
Problem nie polega na tym, że dzieci mają wyobraźnię. To piękne, że chcą być smokami, wróżkami czy piratami. Problem zaczyna się wtedy, kiedy dorośli biorą tę fantazję na poważnie. Bo to nie dzieci żądają hormonów i operacji – to dorośli, w swojej ideologicznej gorączce, chcą im je dać. Dzieci nie mają pojęcia, czym jest nieodwracalność decyzji. Ale lekarze i rodzice już wiedzą. A mimo to pchają ośmiolatka w stronę farmakologii i chirurgii, której skutki będą odczuwać całe życie.
Wyobraź sobie: w normalnej sytuacji nikt nie podałby dziecku silnych leków „bo tego chce”. Nikt nie zrobiłby operacji plastycznej ośmiolatkowi, który zażyczył sobie inny nos, bo uznał, że ten „mu nie pasuje”. A jednak w przypadku tzw. „dysforii płciowej” robi się wyjątek. Blokery dojrzewania, hormony, a potem – nierzadko – operacje. To nie zabawa w przebieranki, to medyczny eksperyment na żywym organizmie. Skutki? Bezpłodność, problemy z sercem, kośćmi, psychiką. Wiele osób, które przeszły „tranzycję” w młodym wieku, w dorosłości żałuje i próbuje „detrazycji”. Ale pewnych rzeczy nie da się już odwrócić.
Najbardziej perfidny jest argument, że „jeśli nie zgodzisz się na tranzycję dziecka, to ono popełni samobójstwo”. To szantaż, który ma sparaliżować rodzica. Każdy kochający rodzic zrobi wszystko, by chronić swoje dziecko przed cierpieniem. Ale czy naprawdę ochrona polega na podawaniu mu hormonów, które zmieniają całe ciało? Czy naprawdę troska to zgoda na skalpel, który zamieni dziecko w dożywotniego pacjenta medycyny?
Paradoks polega na tym, że w czasach, gdy rodzice obsesyjnie dbają o zdrowie dzieci – liczą każdą kalorię, kupują tylko ekologiczne jabłka, filtrują wodę i smarują dziecko naturalnym kremem za 200 zł – ci sami rodzice potrafią bez mrugnięcia okiem podać dziecku syntetyczne hormony i cieszyć się, że „jest sobą”. Jakby „bycie sobą” można było uzyskać receptą od endokrynologa.
Czego dzieci naprawdę potrzebują
Nie hormonów. Nie operacji. Nie dorosłych, którzy traktują ich słowa jak wyrocznię. Potrzebują czasu. Potrzebują dorosłych, którzy potrafią powiedzieć: „To normalne, że masz wątpliwości, że się bawisz rolami, że nie wiesz, kim chcesz być. Poczekaj, jeszcze dorośniesz”. To nie jest brak akceptacji – to najgłębsza forma troski. Bo akceptacja nie polega na tym, że pozwalamy dziecku zrobić wszystko, co chce. Akceptacja to mądrość, by powiedzieć „tak” w odpowiednim momencie i „nie” wtedy, gdy jest to konieczne.
Jeśli pozwolimy, by dzieci decydowały o swojej płci w wieku 8 lat, to wkrótce będziemy mieli społeczeństwo pełne ludzi, którzy w dzieciństwie chcieli być smokami, a w dorosłości zostali pacjentami na dożywotnich terapiach hormonalnych. Bo tak działa medycyna – jeśli raz wciągniesz się w ten proces, nie ma odwrotu.
Dziecko nie potrzebuje drewnianej nogi, bo powiedziało, że chce być piratem. Tak samo nie potrzebuje operacji, bo powiedziało, że chce być dziewczynką. Dziecko potrzebuje dorosłego, który będzie miał więcej rozsądku niż ono samo. Jeśli dorośli tego nie zrozumieją, to całe pokolenie będzie żyło z konsekwencjami ideologicznego szaleństwa, które zamieniło fantazję w diagnozę, a marzenie w wyrok. Rolą dorosłych jest chronić dzieci przed ich własną niedojrzałością, a nie ulegać chwilowej modzie, która może je okaleczyć na całe życie. Samotność, złamane serce czy niespełnione marzenia można jeszcze przeżyć. Ale życia i zdrowia, zniszczonego przez pochopne decyzje podjęte w imię ideologii, nie da się już odzyskać.
Redakcja

0 komentarzy