Greenpeace – organizacja ekologiczna, która oficjalnie deklaruje, że jej misją jest ochrona środowiska naturalnego, klimatu i bioróżnorodności, a także walka z tym, co uważa za główne zagrożenia dla naszej planety. Jednocześnie naciska na wiatraki pod polskimi oknami. Domaga się, aby w naszym kraju zliberalizować przepisy i pozwolić stawiać je w bezpośrednim sąsiedztwie domów mieszkalnych (500 metrów). Brzmi to jak troska o środowisko i tanią energię, ale jeśli przyjrzymy się temu bliżej – pojawia się więcej pytań niż odpowiedzi. Np. dlaczego w Polsce mają obowiązywać inne zasady niż w Niemczech czy Francji?
Podwójne standardy – dlaczego Polska ma być poligonem?
W Niemczech i Francji, czyli krajach, które rzekomo mają być dla nas wzorem w transformacji energetycznej, obowiązuje zasada minimalnej odległości od zabudowań. Najczęściej jest to 1000–1500 metrów. Wynika to z oczywistej troski o zdrowie i komfort mieszkańców – hałas, infradźwięki, migotanie cienia czy obniżenie wartości nieruchomości to problemy, których Zachód woli uniknąć.
Dlaczego więc w Polsce miałoby być inaczej? Dlaczego Polacy mają patrzeć na 200-metrowe kolosy zza okna, podczas gdy Niemcy chronią swoich obywateli znacznie bardziej restrykcyjnymi przepisami?
Kto zarobi na polskich wiatrakach?
Pojawia się też inna kwestia – własności. W praktyce większość nowych inwestycji w energetykę wiatrową w Polsce realizują firmy z Niemiec i Francji. To one będą właścicielami farm, to one będą sprzedawały nam prąd – oczywiście nie taniej, niż sprzedają u siebie. A więc Polska ziemia, polskie krajobrazy i komfort życia polskich mieszkańców zostaną poświęcone, żeby zachodnie koncerny mogły czerpać zyski.
Skoro przestrzeni w Niemczech i we Francji nie brakuje, to dlaczego nie stawia się nowych wiatraków tam? Odpowiedź jest prosta – bo lokalne społeczności się na to nie zgadzają, a rządy chronią interesy obywateli. W Polsce – jak widać – próbuje się przepchnąć rozwiązania kosztem mieszkańców.
Wiatraki – technologia w odwrocie
Zwolennicy OZE często przedstawiają wiatraki jako nowoczesną i „czystą” technologię. Tymczasem coraz więcej ekspertów wskazuje, że ogromne turbiny wiatrowe to rozwiązanie nie tylko przestarzałe ale i szkodliwe. W USA prezydent Donald Trump mówił otwarcie o szkodliwości i absurdach związanych z farmami wiatrowymi i zadeklarował, że Ameryka nie będzie w nie inwestować. Powiedział, że „to najdroższa forma energii. Po 8 latach zaczynają rdzewieć i nie możesz ich po prostu wyłączyć. To wszystko to ściema. Niemcy próbowali wiatraków. Nie da się tego robić bez dotacji. Energia nie powinna potrzebować dotacji.”
Nie dla wiatraków w Polsce!
Choć elektrownie wiatrowe przedstawiane są jako symbol „zielonej energii” i mają być rzekomo „ratunkiem dla klimatu”, coraz więcej ekspertów, organizacji społecznych i samych mieszkańców, którzy mają w swoim pobliżu turbiny wiatrowe zaczyna głośno mówić o ich ukrytych skutkach.
Hałas i infradźwięki
Nowoczesne wiatraki mają po 150–200 metrów wysokości, a ich łopaty poruszają się z ogromną prędkością. Wydają przy tym dźwięki, które dla ludzkiego ucha bywają ledwo słyszalne, ale organizm odczuwa je jako wibracje. Infradźwięki mogą prowadzić do problemów ze snem, przewlekłego stresu, bólów głowy, a nawet zaburzeń rytmu serca. Wielu mieszkańców skarży się także na uczucie niepokoju i stałego napięcia nerwowego.
Ponadto dom postawiony w sąsiedztwie farmy wiatrowej drastycznie traci na wartości. Nikt nie chce mieszkać w cieniu kilkudziesięciometrowych maszyn, które dominują nad krajobrazem i wprowadzają ciągły hałas. W efekcie mieszkańcy takich miejscowości często stają się zakładnikami inwestycji, której nigdy nie chcieli.
Zagrożenie dla przyrody
Wiatraki nie są „przyjazne dla środowiska”, jak często się je reklamuje. Łopaty turbin zabijają ogromne ilości ptaków, w tym gatunki chronione, a także nietoperze, które pełnią istotną rolę w ekosystemie (np. w regulacji liczebności owadów). Zaburzenia w populacji nietoperzy czy ptaków drapieżnych mogą prowadzić do nieodwracalnych zmian w lokalnych ekosystemach.
Koszty produkcji i utylizacji
Turbiny wiatrowe powstają z ogromnych ilości stali, betonu, włókna szklanego i metali ziem rzadkich. Proces produkcji i transportu pochłania gigantyczne ilości energii i generuje ślad węglowy. Problemem jest także utylizacja. Koszt jest ogromny, obejmuje usunięcie samej turbiny, wieży, fundamentów, rekultywację terenu oraz utylizację i recykling elementów, zwłaszcza łopat z kompozytów żywicznych – łopaty z włókna szklanego praktycznie nie poddają się recyklingowi i kończą na wysypiskach. W warunkach naturalnych łopata może rozkładać się nawet 150–500 lat. Jeśli ma być spalona, to ekoterroryści podniosą krzyk, że będzie się to wiązało się z emisją CO₂ i toksyn. Choć pojawiają się próby recyklingu (np. rozdrabnianie na granulaty do betonu lub asfaltu), ale są bardzo kosztowne i stosowane w ograniczonym zakresie.
W Polsce nie ma jednoznacznych regulacji prawnych dotyczących obowiązku demontażu turbin wiatrowych po zakończeniu ich eksploatacji, co może prowadzić do sytuacji, w których koszty te nie są odpowiednio uwzględniane w planowaniu inwestycji. Szacunkowo w Europie przyjmuje się koszt 30 tys. euro za każdy megawat nominalnej mocy turbiny zainstalowanej na lądzie, w USA rzeczywiste koszty są zwykle wyższe ze względu na skalę urządzeń i warunki terenowe. Szacuje się, że koszt demontażu jednej turbiny wiatrowej wynosi około pół miliona USD. Dużo wyższy koszt był w przypadku farmy wiatrowej Osage (Oklahoma) o mocy 150 MW (84 turbiny) gdzie całkowity koszt demontażu wyniósł 300 milionów dolarów, co daje średnio około 3,57 miliona dolarów za turbinę.
Manipulacje w ustawach – „wiatraki” w pakiecie z cenami energii
Kolejna wątpliwość dotyczy sposobu procedowania przepisów. W jednej ustawie rząd wrzuca zupełnie różne kwestie – zamrożenie cen energii i liberalizację przepisów dotyczących wiatraków. To klasyczna sztuczka polityczna, próba przemycenia zmian za plecami obywateli – bo kto odważy się zagłosować przeciw zamrożeniu cen energii, skoro w pakiecie dostaje coś kontrowersyjnego, jak nowe przepisy o farmach wiatrowych?
Bilans wcale nie wygląda tak zielono, jak przedstawiają to reklamy koncernów energetycznych i lobby ekologiczne. Greenpeace i inne organizacje wywierają presję, aby liberalizować przepisy kosztem Polaków – mimo że w krajach, które te organizacje tak chętnie stawiają za wzór, obowiązują znacznie bardziej restrykcyjne regulacje. Dlaczego w Polsce ma być inaczej? Dlaczego mamy rujnować swój krajobraz, kiedy i tak finalnie prąd popłynie z niemieckiej czy francuskiej spółki? I dlaczego mamy godzić się na technologię, którą inni powoli odstawiają do lamusa?
Energetyka odnawialna ma przyszłość, ale nie w formie starych, gigantycznych wiatraków stawianych tuż pod oknami ludzi. W Polsce trzeba wprowadzać nowoczesne rozwiązania ale nie przez manipulacje i presję ze strony organizacji, które często bardziej służą wielkim korporacjom niż zwykłym mieszkańcom.
Aleksandra Gubicz

0 komentarzy