Marianna u dentysty

14 mar, 2026 | Inne | 0 komentarzy

Wizyta u dentysty w wieku emerytalnym to nie jest zwykłe wyjście z domu. To wydarzenie. Coś pomiędzy badaniem technicznym samochodu a kontrolą w banku, kiedy człowiek boi się, że usłyszy coś, czego wolałby nie wiedzieć.

Marianna, lat siedemdziesiąt kilka, od tygodnia czuła, że „coś tam z tyłu jakby przeszkadza”. Nie bolało. Absolutnie nie bolało. Tylko jak jadła bułkę z makiem, to mak wchodził w jakieś rejony, w które nie powinien mieć wstępu. A skoro mak znalazł drogę, to znaczy, że sprawa jest poważna.

Najpierw były trzy dni obserwacji. Potem płukanie szałwią. Potem bardzo dokładne mycie zębów, takie niemal pokazowe, jakby dentysta miał ją oceniać jak uczennicę. W końcu telefon do dentysty. Już samo zapisanie się było sukcesem. Teraz pozostawało przetrwać. Termin dość szybki (bo prywatnie). Marianna nie zniosłaby czekania na wizytę z NFZ do 2029 roku.

W dniu wizyty Marianna ubrała się porządnie. Do dentysty nie idzie się byle jak. To jednak lekarz. Trzeba wyglądać jak człowiek, który dba o siebie, nawet jeśli przyszedł z dziurą w zębie. Gabinet okazał się jasny, pachnący i podejrzanie przyjemny. W poczekalni młodzi ludzie stukali w telefony, jakby przyszli tu na kawę, a nie na borowanie. Marianna patrzyła na nich z niedowierzaniem. W jej czasach przed dentystą człowiek siedział cicho, blady i skupiony na tym, żeby nie zemdleć.

Największym zaskoczeniem był lekarz. Młody. Zbyt młody. Z uśmiechem tak równym, że aż nieprzyzwoitym. Marianna przez chwilę zastanawiała się, czy on na pewno zdążył mieć jakiekolwiek próchnice w życiu, czy tylko czytał o nich w książkach. Kiedy usiadła na fotelu, poczuła to znajome napięcie w ramionach. Fotel był miękki, rozkładał się powoli, ale organizm pamiętał swoje. Pamiętał metalowe krzesła sprzed lat i dźwięk wiertła, który śnił się potem po nocach. Człowiek wychodził wtedy z gabinetu z watą w ustach i poczuciem, że właśnie przeżył coś granicznego.

A tu proszę. Najpierw oglądanie, potem spokojne stwierdzenie, że mały ubytek. Mały. To słowo zawsze brzmi niewinnie. Mała ryska na samochodzie kończy się lakierowaniem całych drzwi. Mały przeciek pod zlewem wymaga hydraulika. Ale dobrze, niech będzie mały. Znieczulenie przyszło szybko i działało jeszcze szybciej. Nagle pół twarzy zrobiło się obce. Marianna próbowała poruszyć językiem i miała wrażenie, że należy do kogoś innego. Trochę to było śmieszne, trochę niepokojące. W młodości człowiek czuł wszystko aż za bardzo. Teraz nie czuł prawie nic.

Samo borowanie trwało krócej, niż zdążyła się porządnie zdenerwować. Bez dramatu, bez potu na czole, bez zaciskania dłoni do bólu. Nawet dźwięk był jakiś taki cywilizowany. Gdyby nie to, że leżała z otwartą buzią, można by pomyśleć, że to zabieg kosmetyczny. Po wszystkim dostała lusterko. Ząb wyglądał normalnie. Jakby nigdy nic. Żadnej tragedii, żadnej historii. A przecież jeszcze godzinę wcześniej był przyczyną całej tej wyprawy do dentysty.

Wyszła z gabinetu lekko oszołomiona, z połową twarzy zdrętwiałą i rachunkiem w torebce. Na przystanku autobusowym uśmiechnęła się do swojego odbicia w szybie. Uśmiech był trochę krzywy przez znieczulenie, ale jednak był. I może o to w tym wszystkim chodzi. Że w pewnym wieku człowiek idzie do dentysty nie tylko po plombę. Idzie sprawdzić, czy jeszcze da się coś naprawić bez bólu. Czy świat naprawdę poszedł do przodu tak bardzo, że nawet takie rzeczy można załatwić spokojnie, bez heroizmu.

W domu Marianna zrobiła sobie herbatę i przez chwilę siedziała w ciszy. Ząb nie bolał. Twarz powoli wracała do normy. Pomyślała, że chyba następnym razem nie będzie czekać aż mak zacznie wędrować w nieznane rejony. Chociaż z drugiej strony trochę tego dreszczyku jednak szkoda. Dawniej człowiek wychodził od dentysty jak z bitwy. Teraz wychodzi jak z przeglądu technicznego. Sprawdzony, poprawiony i gotowy na kolejne lata życia.

Redakcja

0 komentarzy

Wyślij komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Subskrybuj newsletter i odbieraj naszą gazetę na e-mail

Kategorie

Archiwum