Psychopatia, narcyzm, socjopatia to zaburzenia osobowości najczęściej związane z doznaniem przemocy fizycznej lub/i psychicznej we wczesnym dzieciństwie. Osoby z tym zaburzeniem tłumiąc w sobie bardzo niskie poczucie własnej wartości, stwarzają dla własnych potrzeb swój obraz nieskazitelnej, towarzyskiej osoby. Brylowanie w towarzystwie i bycie w centrum zainteresowania jest osłoną przed pustką egzystencjalną jaka w sobie noszą.
Psychopata cechuje się brakiem empatii nawet w stosunku do najbliższych, przez co nie jest zdolny do współczucia i jakichkolwiek głębszych uczuć. Za to aktorsko potrafi zagrać współczucie jeżeli sytuacja tego wymaga i daje mu jakąkolwiek korzyść. Ponieważ nie jest w stanie wczuć się w sytuację, emocje drugiej osoby, często najbliżsi nie mogą liczyć na jakiekolwiek wsparcie w trudnych momentach życia jak przykładowo śmierć bliskiego czy choroba. Osoby z tym zaburzeniami chcąc sprawiać poczucie wszechmocy i swojej wyjątkowości używają manipulacji i kłamstwa w rozmowach z otoczeniem. Manipulacja, przekręcanie faktów, przerzucanie odpowiedzialności na innych to ich codzienność. W związkach partnerskich manipulują partnerem tak, by ten czuł się winny nawet za ich czyny, reakcje.
Ale zacznijmy od początku.
Początkowa faza związku „idealizacja” polega na odbiciu lustrzanym partnera, czyli kocha to samo, lubi jeść to samo, słucha tej samej muzyki, ma te same hobby, lubi te same pozycje seksualne, ma takie same plany na przyszłość…itd. Już od pierwszych dni jesteśmy manipulowane, „Jesteś tą jedyną”, „Chcę byś była matką moich dzieci”, „Jesteś miłością mego życia”. Która z nas nie poczuje fali ciepła w sercu na takie wyznania? W młodości karmione romansami, pięknymi historiami miłosnymi, same pragniemy to przeżyć. W tym związku widzimy spełnienie naszych marzeń, oczekiwań i od tej pory miłości po grób. Jesteśmy spragnione miłości, czułości i jeżeli do tego dochodzi jakaś niedawna trauma, która zachwiała naszym ja, to mamy mieszankę wybuchową i jesteśmy bardzo podatne na wkroczenie właśnie w taki toksyczny i wyniszczający związek.
Nawet zapalające się pierwsze czerwone lampki takie jak dynamika związku, szybkie zamieszkanie razem, nie rozstawanie się na moment, brak oddechu dla siebie, ciągle spotkania, cudowny, zadowalający seks, często inicjowany zaraz na początku, po prostu ignorujemy. Jest nam w tym momencie cudownie i nie chcemy niczego zmieniać. Jesteśmy ufne, naiwne, otwarte i nie chcemy wiedzieć, że miłość potrzebuje czasu, rozwoju i pracy nad związkiem. Wierzymy w miłość od pierwszego wejrzenia. Tak nas karmiono w młodości i w to chcemy wierzyć. Jesteśmy dla partnera idealne, kochane, cudowne, mamy piękne, doskonale ciało i kochają w nas wszystko; gesty, głos, ruchy, sposób chodzenia. Czego można chcieć więcej? To jest spełnienie marzeń każdej kobiety.
Niestety osoba zaburzona ma wielką potrzebę adrenaliny i agresji, więc gdy już jest pewna, że jej ofiara/partner jest wystarczająco zmanipulowana, oddana, zakochana i zrobi wszystko by ten związek pielęgnować zaczyna się druga faza, dewaluacja. Nagle zaczynamy zauważać, że nie jesteśmy takie doskonałe. Zaczynamy słyszeć ze mamy brzuszek, fałdki, że nam ucho odstaje, że się garbimy, że mamy grube uda, brzydki głos…itd. Wszystko to w formie delikatnej, ale rodzi w nas zwątpienie, niepewność. Jednak nic z tym nie robimy, bo przecież pamiętamy krytykę, którą słyszałyśmy w naszym domu. Wiemy, że nie jesteśmy takie idealne, więc znowu ignorujemy kolejne czerwone światło.
Zaczynamy się coraz bardziej starać, robić wszystko by zaspokoić potrzeby partnera i by na nowo odkrył, że jednak jesteśmy jego drugą połową. Zauważamy powoli jego kłamstwa, ale przecież to nic strasznego. że nas okłamał, pewnie nie chciał nam zrobić przykrości i tłumaczymy to dbaniem o związek. Kiedy zaczynamy mówić o naszych uczuciach, że nas coś rani, że chcemy szczerości, zmiany zachowania, poprawy naszych relacji, dochodzi do sytuacji w których już po chwili żałujemy. że się odezwałyśmy i pod wpływem ich manipulacji zaczynamy wierzyć, że to nasza wina. To właśnie a tym momencie zaczyna się agresja, obwinianie nas o brak szacunku, o niezrozumienie i zaczynamy wątpić w nasze własne uczucia. Jak już wyżej zaznaczyłam, psychopata nigdy nie weźmie odpowiedzialności za swoje czyny i żadna zmiana nie wchodzi w grę. On czuje się doskonały i z braku empatii nie rozumie naszych uczuć i tego, że robi nam krzywdę. Dochodzi do momentów, że same zastanawiamy się czy nie ma racji? Od tej pory włącza nam się faza przetrwania i każde wybuchy agresji staramy się przemilczeć a w naszych głowach dochodzi do burzy hormonów i zastanawiania się nad samymi sobą, czy to przypadkiem z nami nie dzieje się coś złego?
Agresja psychopaty zaczyna się od rzucenia kubkiem na podłogę, wystawianiem języka (jego zachowanie w czasie agresji porównywalne jest do zachowań kilkulatka w piaskownicy, rana z dzieciństwa powoduje, że zachowuje się jak to zranione skrzywdzone w nim dziecko). W późniejszej fazie dochodzi do bicia, plucia, kopania, wyzywania, popychania, oblewania woda, trzaskania drzwiami, zamachiwania się ręką na ofiarę by ja zastraszyć. Jeżeli dochodzą do tego dzieci, brak pracy, zniszczona własna samoocena, to jesteśmy w potrzasku z którego będzie nam się ciężko wyrwać.
Widzimy już, że nasz oprawca ma problem, ale my dobre, ufne staramy się mu pomóc, staramy się jak najdelikatniej tłumaczyć mu co czujemy, chodzimy jak po tafli lodu na jeziorze, bojąc się, że się załamie i znowu dojdzie do eskalacji.
Czasami wybuchamy i te nasze wybuchy psychopata traktuje jak atak na siebie, wzbudzając na nowo w nas poczucie winy. Nasze postrzeganie sytuacji jest tak mocno zachwiane, że nie myślimy już o samych sobie ale o tym jak zaspokoić oprawcę, by wrócił do nas ten kiedy go poznałyśmy. Dzięki temu, że czasami daje nam okruchy miłości w formie kwiatów, restauracji, prezentu czy wymuszonego na nas seksu, zaczynamy wierzyć, że nie jest jednak tak źle, że jednak nas kocha na swój sposób. Takie dawki wysokiego kortyzolu (hormon stresu) i dopaminy (hormon szczęścia) na przemian powodują u nas uzależnienie porównywalne do uzależnienia od heroiny. Tak wytworzona traumatyczne więzi trzymają nas przy oprawcy przez długie lata. Nie patrzymy na dobro dzieci, skupiamy się tylko na tym, by ratować związek i by nie zabrakło nam hormonów od których jesteśmy uzależnione.
Na dłuższym etapie takiego związku, wysokie stężenie kortyzolu powoduje obniżenie odporności, gorsze działanie systemu immunologicznego i dochodzi do chorób, które mogą doprowadzić nawet do śmierci ofiary. To jest też ten moment w którym szukamy wytłumaczenia na to co się dzieje w naszym związku i dlaczego tak się dzieje? Jak sobie pomóc i naprawić coś, co w praktyce jest nie do naprawienia? Wtedy też znajdujemy odpowiedź, że jedynym ratunkiem jest ucieczka, że związek jest toksyczny a osoba, którą kochamy jest obarczona nieprzepracowaną traumą z dzieciństwa i nigdy się nie zmieni. Zaburzenia tego nie można wyleczyć, ze względu na jej poczucie doskonałości. Nasz partner musiałby przyznać się do błędu, a to spowodowałoby jego załamanie psychiczne, bo podświadomie zdaje sobie sprawę z nicości jaką w sobie nosi.
To będzie najtrudniejsza walka naszego życia. Dowiadujemy się, że jednak naraziłyśmy dzieci na podobną traumę, na niebezpieczeństwo powielenia wzorców z domu w przyszłości. Skazałyśmy siebie na wegetację uczuciową i zostałyśmy obdarte z godności, zaufania, uczuć i wszystkich marzeń, które dotyczyły nas samych. Musimy odbudować się na nowo, ochronić dzieci, odpierać ataki psychopaty, które nigdy się nie skończą, nawet po rozstaniu. Ta walka od początku będzie nierówna. Zmanipulowany przez psychopatę świat wokół, który widzi go jako cudownego męża, dobrego ojca, (bo poza czterema ścianami odgrywa swoją rolę życia) nie będzie nam przychylny. Ale to jest jedyna szansa na wolność, spokój, radość z życia i szczęście dzieci.
Autorka Fb bloga „Życie z psychopatą”

0 komentarzy