Kiedy dziś rozmawia się o zdrowiu, rozmowa bardzo szybko schodzi na badania, suplementy, diety i najnowsze odkrycia nauki. Wystarczy wejść do apteki, aby zobaczyć dziesiątki preparatów obiecujących odporność, lepszy sen, silniejsze kości czy spokojniejsze nerwy. A jednak wielu ludzi, nawet w środku tej nowoczesnej medycznej epoki, ma w pamięci zupełnie inny obraz troski o zdrowie. Wystarczy zamknąć oczy i nagle wracają zapachy kuchni z dzieciństwa, odgłos łyżki mieszającej coś w kubku, szelest suszonych ziół zawieszonych przy piecu. I postać babci, która nie miała dyplomu lekarza, a mimo to wiedziała, co zrobić, gdy dziecko zaczynało kaszleć, marznąć albo wracało ze szkoły z bólem brzucha.
Babcie były (i nadal są) strażniczkami zdrowia. Ich wiedza nie pochodziła z podręczników ani internetu. Pochodziła z życia. Z obserwacji pór roku, z pracy w ogrodzie, z rozmów ze starszymi kobietami w rodzinie. To była wiedza powolna, przekazywana z pokolenia na pokolenie, jak przepis na chleb czy na ogórki kiszone.
Najważniejszym miejscem była oczywiście kuchnia. To tam zaczynało się leczenie niemal wszystkiego. Kiedy dziecko wracało zziębnięte z dworu, pierwszą rzeczą była gorąca herbata. Nie byle jaka. Najczęściej z sokiem malinowym zrobionym latem, gdy ogród uginał się od czerwonych owoców. Maliny gotowało się z cukrem, zamykało w słoikach i chowało do spiżarni. Zimą taki sok był jak płynne lato zamknięte w szkle. Dodany do gorącej herbaty rozgrzewał, a przy przeziębieniu wywoływał poty, które – jak mówiły babcie – „wypędzały chorobę z ciała”.
Jeśli kaszel nie ustępował, pojawiał się słynny syrop z cebuli. Cebula krojona w plastry, zasypana cukrem albo zalana miodem, po kilku godzinach zamieniała się w gęsty syrop o mocnym zapachu. Dzieci krzywiły się przy pierwszej łyżeczce, ale babcie były nieustępliwe. Wiedziały, że cebula ma w sobie coś, co łagodzi kaszel i pomaga odkrztuszać zalegającą wydzielinę. W wielu domach taki syrop był pierwszym lekarstwem, zanim ktokolwiek pomyślał o tabletkach.
Na przeziębienia istniał jeszcze jeden niezawodny sposób – mleko z miodem i masłem. Czasem dodawano do niego czosnek albo kurkumę, choć wtedy nikt nie używał tej nazwy. Mówiono po prostu „żółty proszek z przypraw”. Gorący napój rozgrzewał od środka, łagodził gardło i pomagał zasnąć.
Czosnek zresztą był w wielu domach traktowany jak naturalny antybiotyk. Babcie dodawały go do kanapek, zup, past twarogowych. W czasie choroby pojawiał się niemal wszędzie. Zdarzało się nawet, że ząbek czosnku wkładano do kieszeni dziecka albo kładziono na noc przy łóżku, wierząc, że jego zapach oczyszcza powietrze i odstrasza choroby.
Ogromną rolę odgrywały zioła. W starych domach często można było zobaczyć pod sufitem pęki suszonej mięty, lipy, rumianku czy szałwii. Babcie zbierały je latem na łąkach i w ogrodach, a potem suszyły w cieniu. Każde zioło miało swoje zastosowanie. Lipa była na przeziębienie i gorączkę. Rumianek na ból brzucha i podrażniony żołądek. Mięta uspokajała trawienie po cięższym posiłku. Szałwia była ratunkiem na bolące gardło.
Gdy dziecko zaczynało kichać, pojawiały się inhalacje. Do miski z gorącą wodą wrzucało się garść rumianku albo kilka kropli olejku sosnowego. Potem nad miską pochylało się głowę przykrytą ręcznikiem i oddychało parą. Dziś podobne zabiegi wykonuje się przy użyciu inhalatorów i nowoczesnych urządzeń, ale zasada pozostaje ta sama.
Babcie doskonale znały także wartość miodu. W wielu domach był on prawdziwym skarbem. Dodawano go do herbaty, smarowano nim kromkę chleba, mieszano z cytryną przy bólu gardła. Był też składnikiem domowych mikstur wzmacniających organizm. Jedną z nich była mieszanka miodu, soku z cytryny i startego imbiru. Podawana łyżeczką rano miała „postawić na nogi” nawet największego zmarzlucha.
Ważne były również kiszonki. W piwnicach stały wielkie garnki z kapustą kiszoną i beczki z ogórkami. Zimą babcie podawały je niemal codziennie. Wtedy nikt nie mówił o probiotykach czy bakteriach fermentacji mlekowej. Mówiono po prostu, że kiszona kapusta daje siłę i chroni przed chorobami.
Jeśli dziecko bolał brzuch, babcie sięgały po zupełnie inne metody. Czasem wystarczał ciepły termofor przyłożony do brzucha albo delikatny masaż z użyciem oleju. Często podawano też napar z kopru włoskiego lub kminku. Te rośliny od dawna znane były jako naturalne wsparcie dla trawienia.
Nie można zapomnieć o maściach i okładach. Na przeziębienie stosowano rozgrzewające nacieranie klatki piersiowej. Czasem używano do tego gęsiego smalcu albo maści robionych z ziół. Na stłuczenia przykładano liście kapusty albo okłady z nagietka. Przy drobnych ranach pomagała nalewka z propolisu albo napar z rumianku.
Babcie miały też ogromny szacunek do snu i odpoczynku. Gdy dziecko chorowało, nie pozwalały mu biegać ani oglądać telewizji godzinami. Kładły je do łóżka, przykrywały ciepłym kocem i mówiły, że organizm potrzebuje ciszy, żeby się naprawić. W ich świecie odpoczynek był lekarstwem równie ważnym jak jedzenie.
Ważny był także ruch na świeżym powietrzu. Nawet zimą dzieci wychodziły na dwór. Babcie wierzyły, że świeże powietrze hartuje organizm. „Nie ma złej pogody, są tylko złe ubrania” – powtarzały często.
I była jeszcze jedna rzecz, o której dziś mówi się coraz rzadziej. Babcie miały czas dla swoich wnuków. Potrafiły usiąść obok, wysłuchać, pogłaskać po głowie. W ich obecności choroba wydawała się mniej straszna, a świat spokojniejszy. To był rodzaj troski, którego nie da się zapisać w żadnym poradniku zdrowia.
Dziś wiele z tych metod może wydawać się staroświeckich. Mamy nowoczesną medycynę, badania i leki, które potrafią ratować życie. Ale kiedy przypomina się tamte babcine sposoby, łatwo zauważyć, że kryło się w nich coś bardzo ważnego – uważność na ciało, szacunek dla natury i przekonanie, że zdrowie zaczyna się od codziennych drobnych rzeczy.
Od kubka ciepłej herbaty.
Od zupy gotowanej powoli na małym ogniu.
Od spaceru w chłodny, ale słoneczny dzień.
I od tej szczególnej troski, którą potrafiły dać tylko babcie.
Może właśnie dlatego wspomnienia z babcinego domu mają w sobie tyle ciepła. Pachną suszonymi jabłkami, ziołową herbatą i świeżym chlebem. W tych wspomnieniach zdrowie nie było projektem ani strategią. Było częścią codzienności. Dziś żyjemy szybciej i mamy dostęp do ogromnej wiedzy medycznej. To wielka wartość, z której warto korzystać. A jednak czasami dobrze przypomnieć sobie tamte proste sposoby. Nie dlatego, że były idealne, ale dlatego, że kryła się w nich mądrość codzienności. Bo troska o zdrowie nie zawsze zaczyna się u lekarza czy w aptece. Czasem zaczyna się w kuchni, przy ciepłej herbacie z malinami, tak jak kiedyś u babci.
Redakcja

0 komentarzy