Kiedy jesteśmy młodzi nie myślimy o starości. Nasi rodzice są w pełni sił. Dziadkowie owszem są starzy, ale przecież nadal jeździmy do nich na święta, słuchamy ich opowieści jak to kiedyś było. Jeżeli jesteśmy pokoleniem urodzonym w latach 70-80 tych to mamy dostęp do wiedzy o wojnie i okupacji przekazanych z pierwszej ręki. Ogólnie starość i jej niedogodności nas nie dotyczą. Dorastamy, a nasi dziadkowie i babcie zaczynają umierać, a my myślimy, że taka jest kolej rzeczy.
Akurat dość wcześnie, po krótkiej chorobie, straciłam tatę. Miałam 27 lat i byłam u progu dorosłego życia. Od 2 lat mieszkałam w Stanach Zjednoczonych i na pogrzeb przyleciałam w 7 miesiącu ciąży. Bardzo przeżyłam jego nagłe odejście, bo tata był mi bliski i zawsze stawiałam go sobie za wzór. Kiedy umarł, moja mama wówczas 58-letnia wdowa, przeprowadziła się do nas i pomagała w opiece i wychowaniu wnuka. Tak przeleciało kolejnych 17 lat. Mama podróżowała między Stanami a Polską. W międzyczasie urodziłam jeszcze dwóch synów, zmarł mój dziadzio w wieku 92 lat, a po 14 latach zakończyło się moje małżeństwo. Nie był to łatwy czas, ale zawsze mogłam liczyć na moją mamę. Była moja Opoką. I byłoby tak do dziś, gdyby nie jeden feralny czerwcowy poranek kilka lat temu, który zmienił trajektorię naszego życia.
Nic nie zapowiadało, że coś się wydarzy. Weekend był bardzo udany, przyjechała do nas w odwiedziny koleżanka z dziećmi, pojechaliśmy na truskawki, a następnego dnia na grilla do znajomych. W nocy była straszna burza, która nie dała mi spać. Do dziś sobie wyrzucam, że nie zeszłam na dół, aby sprawdzić, czy wszystko w porządku u mamy. Oczywiście nie miałam powodów, aby sądzić, że coś może być nie tak. Nad ranem znalazłam mamę nadal leżącą w łóżku, która mówiła niewyraźnie i nie mogła sama wstać. Wieloletnia praca w szpitalu pomogła mi zdiagnozować u mamy udar mózgu. Od razu zadzwoniłam na 911. Karetka była w przeciągu 20 minut. Zabrała mamę do najbliższego szpitala a ja zostałam sama w szoku z tym co się przed chwilą wydarzyło.
W wyniku udaru mama miała niesprawną lewą stronę ciała. Jej mowa była niewyraźna, nie mogła chodzić i jeść samodzielnie. Ze zdrowej, pełnej wigoru 74-letniej kobiety stała się osobą wymagającą 24 godzinnej opieki na dobę. Ze szpitala trafiła do centrum rehabilitacyjnego, w którym spędziła miesiąc. Co drugi dzień jeździłam ją odwiedzić. Oprócz tego miałam do ogarnięcia trójkę dzieci i pracę. Jakoś dałam radę, bo kto jak nie ja. Mogłam się załamać, ale z natury jestem wojowniczką i włączył mi się tryb zadaniowy. Kiedy mama w końcu wróciła do domu, trzeba było tak urządzić przestrzeń, aby mogła poruszać się swobodnie z balkonikiem. Sąsiad zbudował ławeczkę do kąpieli i podest, aby łatwiej mogła (z moją pomocą) wchodzić do wanny, przenieśliśmy jej pokój bliżej łazienki. Nadal wymagała stałej opieki, choć to jaką pracę wykonała pod okiem terapeutów, jest godna podziwu dla obu stron. Może poruszać się w specjalnej ortezie na nodze, a jej ręka powoli wraca do sprawności.
Od czasu udaru nasze życie zmieniło się o 180 stopni. Jako dorosłe dziecko dość młodego rodzica, który był bardzo aktywny w swoim życiu przed udarem, jest mi bardzo ciężko zaakceptować to co się wydarzyło. Z jednej strony jestem wdzięczna, że mama jest ze mną i mogę się nią opiekować, jestem wdzięczna za opiekę przez państwo, z drugiej narzuca to rożnego rodzaju ograniczenia. Jestem jedynaczką i nie ma kto inny mnie wyręczyć w opiece nad mamą. Chcę patrzeć na naszą sytuację z perspektywy tego, że jest mi to dane, bo wiem, że wielu rodziców mieszka w Polsce i nie mają możliwości przeprowadzki na drugi koniec świata, a sytuacja emigracyjna nie pozwala dorosłym dzieciom, na choćby odwiedzenie rodziców w kraju, nie mówiąc o opiece nad nimi w czasie przewlekłej choroby.
Od czasu pierwszego udaru, mama przeszła jeszcze jeden mały udar. Była też kilka razy w szpitalu z innych powodów, nie mówiąc o stałych wizytach u lekarzy. Zawsze gdzieś z tylu głowy był strach, jak zostawiałam mamę samą, żeby coś jej się nie przydarzyło. Tak też się stało, kiedy mama poleciała sama do Polski odwiedzić rodzinę i lekarzy. Po udarze nadal miała nadzieje chodzić bez pomocy ortezy, więc zapisała się na specjalny turnus, który miał usprawnić jej opadającą stopę. Niestety tym razem nie obyło się bez upadku, w rezultacie którego mama złamała biodro i była konieczna operacja oraz dalsza rekonwalescencja, która trwała kilka tygodni.
W konsekwencji jej upadku, musiałam natychmiast wsiąść w samolot i polecieć do Polski, aby wszystko ogarnąć, zająć się mama i sprowadzić ją z powrotem do Stanów. Wstrzymało to moje dotychczasowe życie na dwa miesiące. Na szczęście moi synowie są już w wieku, że nie potrzebują mojej opieki w takim stopniu, kiedy byli mali, ale tęsknota za nimi, mężem i zwierzakami dała się odczuć podczas tak długiego okresu rozłąki. W końcu po ponad dwóch miesiącach, wsiadłyśmy w samolot i szczęśliwie wylądowaliśmy w Nowym Jorku.
Mama nadal jest słaba i wymaga stałej opieki, gdyż ma wysokie ryzyko upadku i złamania drugiego biodra. Długi pobyt w szpitalu spowodował dużą utratę mięśni, a co za tym idzie wagi. Musze pomagać jej w ubieraniu, myciu się, przygotowuję posiłki i dwa razy w tygodniu zabieram na terapię. Moje życie stało się jej życiem i odwrotnie. Nie jest łatwo, szczególnie że tak naprawdę nie wiem czy mama kiedyś będzie w stanie funkcjonować samodzielnie. Na pewno już do Polski nie poleci samodzielnie.
Na szczęście jej mózg nie został uszkodzony, a te uszkodzenia, które spowodowały paraliż lewej strony ciała, nie upośledziły funkcji mowy i poprawnego rozumowania. W tym miejscu muszę pochwalić moją mamę, która półtora roku po udarze nauczyła się 100 pytań i odpowiedzi po angielsku i zdała egzamin na obywatelstwo.
Kiedy człowiek spotyka się z choroba, starością i niedołężnością od razu myśli o własnej przyszłości. Sama będąc mamą nigdy nie chciałabym być w takiej sytuacji, aby moje dzieci musiały zajmować się mną „na starość”. Czy można temu zaradzić? Może i można. Są domy opieki, ale na to potrzebne są ogromne pieniądze i czasami taka opieka pozostawia wiele do życzenia. Z drugiej strony czuję obowiązek, aby opiekować się mamą, która ma tylko mnie, a która po śmierci mojego taty, będąc w jeszcze młodym wieku, świadomie nie urządziła sobie życia na nowo, tylko przyjechała za ocean, aby pomoc mi w wychowaniu i opiece na dziećmi.
Nie będę nikogo oszukiwać, że czuję tylko wdzięczność. Owszem, cieszę się, że mama żyje i że jej stan jest dobry i nie leży przykuta do łóżka. Ale jest też we mnie dużo złości do losu, że mama jaką znałam przed udarem i upadkiem (radosną, aktywną, tańczącą, mającą chęć do życia) już nie wróci. Tęsknie za naszymi pogaduszkami, śmiechem do rozpuku, wędrówkami po lesie, jej radami, choćby o tym, na jaki kolor pomalować pokój. Może to banalne, ale taka jest rzeczywistość.
Tak więc, jeśli wasi rodzice wciąż cieszą się dobrym zdrowiem i pełnią sił, nie traktujcie tego jako czegoś oczywistego i niezmiennego. Życie jest nieprzewidywalne, a starość i słabość mogą nadejść niespodziewanie. Nie marnujcie czasu na drobne spory czy nieporozumienia – zamiast tego, doceniajcie każdą chwilę, gdy rodzice są blisko was. Te chwile są cenne i nieodwracalne, bo nadejdzie dzień, gdy ich zabraknie. Jak pięknie ujął to ksiądz Twardowski: „Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą”. Pamiętajcie, by okazywać miłość i troskę teraz, kiedy jest to możliwe, bo te gesty staną się najcenniejszymi wspomnieniami na przyszłość.
Ania Wiśniewska

0 komentarzy